CYKL OLIMPIJSKI KRZYSZTOFA GOSTOMCZYKA #15 – CEZARY SIESS

Autor: Krzysztof Gostomczyk | 8/26/2021
Powrót
CYKL OLIMPIJSKI KRZYSZTOFA GOSTOMCZYKA #15 – CEZARY SIESS

Cezary Siess był szermierzem uniwersalnym. Odnosił sukcesy zarówno we florecie, jak i w szpadzie. W 1992 roku wywalczył wraz z drużyną brązowy medal olimpijski we florecie.

Siess zaczął trenować szermierkę już w wieku 12 lat. Od początku jego klubem był KS AZS AWFiS Gdańsk. Po kilku latach treningów zaczął odnosić coraz większe sukcesy.

Pierwszym osiągnieciem w seniorskiej karierze było zdobycie srebrnego medalu w drużynie szpadzistów na Mistrzostwach Polski w 1988 roku. Dwa lata później został Mistrzem Polski we florecie i zdobył wicemistrzostwo świata w florecie drużynowym. W 1992 roku wywalczył trzecie miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie, ale niedługo później zakończył karierę.

Po karierze założył firmę, która zajmuje się przemysłem poligraficznym. Jego przedsiębiorstwo jest bardzo rozpoznawalne w kręgu sportowym, gdyż sponsoruje i organizuje turnieje szermiercze. W przeszłości Sietom był sponsorem KS AZS AWFiS Gdańsk.

W ślady ojca poszedł syn – Michał. W 2018 roku wywalczył brąz Mistrzostw Europy w drużynie. Niewiele zabrakło, a reprezentowałby Polskę podczas Igrzysk Olimpijskich w Tokio.

 

Osiągał Pan sukcesy w zawodach jako florecista i szpadzista. Czym różnią się te konkurencje?

– Przede wszystkim szpada to jest broń bez konwencji. Kto szybciej trafi, to dla niego jest zaliczane trafienie. Może też być trafienie obopólne. We florecie to sędzia rozstrzyga o tym, jaka była akcja i komu zalicza trafienia. W związku z tym na świecie szpadzistów jest zdecydowanie więcej. To konkurencja, którą łatwiej uprawiać ze względu na to, że konwencje są niepotrzebne. To zupełnie dwie różne bronie. Kiedyś udawało mi się startować w obu konkurencjach. Szpadę traktowałem jako trening do swojego podstawowego floretu. Przy okazji pojawiły się sukcesy, więc było super, ale dzisiaj już chyba się nie zdarza trenować dwóch broni. Jest taki ewenement, że Włoszka Arianna Errigo jest światowej sławy florecistką, a w zeszłym roku była wysoko w rankingu światowym w szabli. Przed Igrzyskami kazali jej zdecydować się czy startuje we florecie czy w szabli. W latach 60. czy 70. jeszcze było to normalne, że zawodnicy startowali nawet w trzech kategoriach. Polak Ryszard Parulski, już niestety świętej pamięci, był mistrzem świata juniorów i seniorów w trzech konkurencjach. Kiedyś tak bywało, ale dziś jest tak wysoka specjalizacja, że ciężko by było być na przyzwoitym poziomie, uprawiając dwie konkurencje.

Jak wspomina Pan Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie? Czy było to wielkie święto sportu?

– Igrzyska Olimpijskie są zwieńczeniem okresu ciężkiej pracy. To jest największe wydarzenie dla każdego sportowca. Dla mnie też takie było. Zdobycie medalu spowodowało, że tamte chwile zostały świętem dla nas na całe życie. Mam sentyment do samego miasta Barcelony, a już nie mówię o Igrzyskach.

Czy czuje się Pan spełniony jako sportowiec?

– Tak. Myślę, że po latach można ocenić. Patrząc na swoje możliwości fizyczne, zrobiłem więcej niż mogłem. Obserwując dzisiejszych sportowców, ich obciążenia treningowe to myślę, że osiągnąłem więcej niż wynikałoby to „z papierów”.

Jest Pan obecnie wiceprezesem Polskiego Związku Szermierczego. Co skłoniło Pana do rozpoczęcia kariery działacza sportowego?

– Najpierw udzielałem się w Gdańsku. Bardzo pomagałem sekcji szermierczej KS AZS AWFiS w Gdańsku. Później przyszedł czas, że zaproponowano mi zaangażowanie na forum ogólnopolskim, żeby wykorzystać moje doświadczenie organizacyjne i znajomość dyscypliny. Cały zarząd Polskiego Związku Szermierczego to kompilacja różnych kompetencji. Wszyscy pracujemy społecznie. To nie tak jak często występuje w głosach krytycznych, że w związkach tylko sobie kasę nabijają i są tam stare dziadki. Bardzo nas krzywdzi taka populistyczna opinia m.in. wśród dziennikarzy, że w związkach nic się nie dzieje i nic nie robią. Każdy robi tyle, na ile starczają ich możliwości. Każdy związek robiłby więcej, gdyby miał więcej środków. Zwłaszcza dyscypliny mniej popularne jak szermierka, judo, wioślarstwo same na siebie nie zarobią w porównaniu do siatkówki, koszykówki, piłki ręcznej i nożnej. To nie jest łatwe zadanie być takim gremium, które ma dobrze zarządzać daną dyscypliną sportu. Świat poszedł bardzo do przodu. Każdy zajął się każdym sportem w swoich krajach. Polsce trudno zdobywać teraz medale w Igrzyskach Olimpijskich. Widać to też po statystykach. Za czasów komuny sport się miał lepiej niż dzisiaj. Kiedyś zdobywaliśmy po 19 medali, a teraz 14, a wcześniej 10-11. Widać ewidentnie, że świat poszedł do przodu. Po transformacjach gospodarczych sportu nie zreformowaliśmy i teraz w każdym związku szuka się rozwiązań i ludzi, którzy mają przeróżne kompetencje, aby wycisnąć maksimum z nie za bogatej materii.

Pana syn Michał jest jednym z najlepszych polskich szermierzy. Czy osiągnie więcej w szermierce niż Pan?

– Pod względem umiejętności ma zdecydowanie lepsze predyspozycje niż ja, ale w moich czasach była mniejsza konkurencja. Kiedyś nie były tak mocne kraje azjatyckie. Dzisiaj mistrzem olimpijskim we florecie jest człowiek z Hongkongu. Cała Azja – Korea, Chiny, Japonia – to są przesilne kraje. Jak ja trenowałem to gdy walczyło się z Azjatą to zaznaczało się zwycięstwo. To się zmieniło. Z jednego kraju czyli Związku Radzieckiego powstało 4-5 silnych reprezentacji. Na pewno ma dużo lepsze warunki ode mnie, ale konkurencja jest również większa.