Cykl Olimpijski Krzysztofa Gostomczyka #9 – Anna Rybicka

Autor: azs-admin | 7/15/2021
Powrót
Cykl Olimpijski Krzysztofa Gostomczyka #9 – Anna Rybicka

Anna Rybicka jest srebrną medalistką Igrzysk Olimpijskich w Sydney. Medal olimpijski wywalczyła we florecie drużynowym wraz z Sylwią Gruchałą, Magdaleną Mroczkiewicz i Barbarą Wolnicką. W tej samej konkurencji wywalczyły Mistrzostwo Świata oraz dwukrotnie Mistrzostwo Europy. Indywidualnie Anna Rybicka trzykrotnie zdobywała brązowe medale na Mistrzostwach Europy. Świetne wyniki osiągała również przed osiągnięciem wieku seniorskiego. W 1994 roku wywalczyła Mistrzostwo Świata Kadetek w Meksyku, a w 1997 roku Mistrzostwo Świata Juniorek na Teneryfie. Przez całą swoją karierę reprezentowała barwy KS AZS AWFiS Gdańsk.

Jak rozpoczęła się Pani przygoda z szermierką?

Anna Rybicka: Zupełnie przez przypadek. Chodziłam do szkoły podstawowej nr 8 w Sopocie. Mama szukała dla mnie zajęć sportowych i zwróciła się z tym do nauczyciela W-Fu, którym okazał się trener szermierki Login Szmit (późniejszy trener reprezentacji Polski w latach 2009-2013). Nie wiedziałam wówczas, czym jest szermierka, ale bardzo szybko połknęłam bakcyla. Już w trzeciej klasie trener zabrał naszą grupę do szkoły sportowej na turniej. Miałam wtedy 10 lat, a zawodniczki z tej szkoły 14-15. Udało mi się zająć pierwsze miejsce i to zadecydowało o tym, że zmieniłam szkołę na sportową. Myślę, że wygrałam siłą woli, bo umiejętności nie miałam wtedy żadnych. Codziennie, niosąc sprzęt szermierczy, dojeżdżałam z Sopotu SKMką i tramwajem do SSP 70 (obecnie Gdańska Szkoła Szermierki), a to nie było łatwe.

Czy od początku marzeniem był medal olimpijski?

AR: Nie. Na początku kompletnie o tym nie myślałam. Pamiętam, że trener Longin Szmit nalegał, żebym przeniosła się z czwartej od razu do szóstej klasy, bo już sobie wtedy obliczył, że matura wypadnie mi w roku olimpijskim. Miał rację – pierwszy raz na Igrzyska Olimpijskie pojechałam, gdy miałam 19 lat, czyli tuż po maturze. Ze względu na przygotowania olimpijskie, w drugim semestrze czwartej klasy byłam w szkole zaledwie 10 dni, na szczęście maturę zdałam dobrze.

Kiedy podjęła Pani decyzję o zostaniu zawodową florecistką?

AR: Nigdy nie zostałam zawodową florecistką. W Polsce nie ma szermierzy zawodowych, bo nie ma ligi zawodowej. Jeśli chodzi o to, kiedy weszłam w sport wyczynowy, to dla mnie taką datą jest 1993 rok, kiedy zdobyłam mistrzostwo Polski seniorek i weszłam do reprezentacji Polski. Miałam wtedy szesnaście lat.
Szermierka jest sportem niszowym, ale z dużym potencjałem.
We Francji w 2010 roku Mistrzostwa Świata odbywały się w Grand Palais w Paryżu. O 7 rano zobaczyłam ogromną kolejkę, niczym na mecze EURO. Myślałam, że może ludzie idą na wystawy malarstwa w tym pałacu, a okazało się, że to na sale szermierczą. Zastanawiałam się wiele razy ,co zrobić, by szermierka w Polsce stała się tak powszechna, jak we Francji, gdzie zajęcia szermiercze są niemal w każdej szkole. Być może nie ma u nas takiej możliwości, żeby prowadzić szermierkę w każdej szkole, ale można zaproponować ją amatorom, a nie tylko wyczynowcom. Sama prowadzę zajęcia dla amatorów i widzę, jak ogromną satysfakcję daje im ta dysyplina. Na razie niewiele miast ma taką ofertę. Z kolei medale olimpijskie pomagają w rekrutacji do szkół sportowych, czyli do sportu wyczynowego. Rodzice zapisują swoje dzieci na szermierkę. Czy medale przekładają się na popularność w mediach? Nie za bardzo.
Myślę, że media powinny pokazywać te dyscypliny, w których jesteśmy najlepsi na świecie. A tak było w ostatnich latach w szpadzie, która w dodatku jest łatwą w odbiorze dyscypliną. Kto pierwszy trafi, ten zdobywa punkt. Nie da się prościej. W szabli i florecie są nieco bardziej skomplikowane przepisy. Jest pierwszeństwo jednych akcji nad drugimi.

Które Igrzyska zapadły Pani najbardziej w pamięć? Czy jakieś zawody były bardziej pamiętne?

AR: Moje pierwsze igrzyska, które odbywały się w Atlancie, zapamiętałam najbardziej. Byłam bardzo podekscytowana. Patrząc z perspektywy czasu, warunki na Igrzyskach w Atlancie były fatalne. Szczerze mówiąc, nie wiem kto i na jakiej podstawie przyznał Atlancie te Igrzyska. Jednakże jako 19-letnia debiutantka ogromnie się cieszyłam z atmosfery igrzysk, a ostatecznie to jest najważniejsze.
W Sydney głównym powodem do radości był medal. W Atlancie zajęłyśmy ósme miejsce. Żałuję, że nie mogłyśmy wystartować w Atenach. Rok przed Igrzyskami usunięto drużynowy floret z programu igrzysk. MKOL próbował wówczas odchudzić Igrzyska i “padło” na szermierkę. Szkoda, bo w 2003 roku w Hawanie zdobyłyśmy Mistrzostwo Świata i byłyśmy kandydatkami do złotego medalu.
Są dwa turnieje, które zostaną ze mną w pamięci na zawsze. Jeden z turniejów to już wspomniane Mistrzostwa Świata w Paryżu. To było powtórzenie sukcesu olimpijskiego, ale 10 lat później. Nie jest łatwo zdobyć wicemistrzostwo olimpijskie czy świata, a jeszcze trudniej jest taki sukces powtórzyć. W 2010 roku byłam w drużynie z Sylwią Gruchałą, Kasią Kryczało i Karoliną Chlewińską. Startowałyśmy z bardzo niskim numerem, co wiązało się z walką z najlepszymi rywalkami od samego początku. Najpierw pokonałyśmy Węgierki, potem Rosjanki, później Koreanki, czyli bardzo utytułowane drużyny. Uległyśmy dopiero Włoszkom w finale. To cenny medal dla mnie.
Kolejne zawody, które zapamiętałam, to Puchar Świata Seniorów w Salzburgu w 1998 roku, który wygrałam. Pokonałam wówczas Valentinę Vezzali – to jest ikona floretu kobiet, sześciokrotna mistrzyni olimpijska i szesnastokrotna mistrzyni świata. Wygrałam z dużą przewagą, a z Valentiną, jeśli się w ogóle wygrywa, to wygrywa się minimalnie. To był mecz ćwierćfinałowy, po którym zarówno ona, jak i ja byłyśmy mocno zdziwione.

Czy występ na Igrzyskach był najbardziej stresującą chwilą w Pani życiu?

AR: Zdecydowanie nie. Start w Igrzyskach to bardzo pozytywny stres. Można go przekuć na dobry wynik. Nawet nie uznaję tego za stresujący moment, bo było to bardzo mobilizujące. Nie czułyśmy presji, nie wymieniano nas w gronie faworytek, byłyśmy bardzo młodym zespołem. Miałyśmy dwa medale z MŚ, ale nie byłyśmy pewniakiem. Nie miałyśmy nic do stracenia.
Dopiero po Igrzyskach i złotym medalu Mistrzostw Świata w 2003 roku w Hawanie pojawiła się presja. Nie zawsze udawało nam się ją udźwignąć, ale wygrałyśmy łącznie 11 Pucharów Świata w kategorii seniorek.
W drużynie czasem się zdarza, że jakieś ogniwo nie zadziała. W naszej drużynie nigdy nie było przekonania, że taka jedna nieudana walka może zadecydować o losach meczu. Pozostałe zawodniczki wówczas bardzo się mobilizowały. Ta, której nie poszło w danym spotkaniu, w kolejnym dawała z siebie maksimum. Wraz z Tadeuszem Pagińskim, dbałyśmy o atmosferę w drużynie, a także o odpowiednią taktykę. Zauważyłam, że teraz – we florecie – nie ma już takiej dbałości o te aspekty. Wiadomo, że trenerzy bardzo się starają o przygotowanie techniczne, ale trzeba też budować coś poza planszą. Drużyna to jest chemia.

Ile medali przywiozą z Tokio polscy szermierze?

AR: Chciałabym, żeby były przynajmniej dwa medale – jeden drużynowo i jeden indywidualnie. Drużynowo moimi faworytkami są szpadzistki, a indywidualnie bardzo kibicuję Ewie Trzebińskiej. Właściwie to wszystkie zawodniczki są dobre. Oglądałam mecze o pierwsze miejsce na tegorocznym Pucharze Świata. Polki zaprezentowały bardzo wysoki poziom, naprawdę to było mistrzostwo. Swoim finałowym rywalkom nie dały nawet się zbliżyć punktowo, wykonywały świetne akcje z żelazną konsekwencją – tak powinien wyglądać każdy mecz drużynowy. Pomyślałam sobie, że jak utrzymają taką formę i ten spokój do Tokio, to naprawdę będzie dobrze. Nasze dziewczyny w swojej olimpijskiej drabince mają Estonki. To bardzo trudne rywalki, ale Polki trzy razy już je pokonały, zatem wierzę, że nasz zespół ma na nie sposób i taktykę.